Parę tygodni temu Facebook zatrząsł się w posadach. Nie wszyscy być może już poczuliśmy te drgania, ale wkrótce odczuwalne będą w najdalszych zakamarkach Facebookowej społeczności, czyli nawet na news feedzie mojej Mamy. I twojej też 😉
Na początku tego roku Mark Zuckerberg, przez niektórych uważany za następcę Donalda Trumpa, przez innych – za zakompleksionego geeka w szarym t-shircie, który raz na zawsze popsuł nam Świat, ogłosił, że Facebook się zmienia.

Jak przetrwać zmianę algorytmu – zestaw pierwszej pomocy.

Jego przydługi ( według większości internetowych tutoriali autorstwa guru od marketingu, rozpoczynających się od frazy „5 zasad tworzenia bombastycznych postów na FB, które będą czytać, lajkować, komentować i udostępniać WSZYSCY”) tekst to epicentrum tego sejsmicznego vibratto. Już parę minut po publikacji w grupach facebookowych, na forach i portalach poświęconych social media zapanowała atmosfera lekkiej paniki. Wspomnieni guru od marketingu zdołali na szczęście błyskawicznie przerobić hormon stresu na serię artykułów opisujących krok po kroku, jak radzić sobie z traumą ( zapalić pachnące świece, zrobić tadasanę, zapisać się na kurs garncarstwa) oraz jak przeżyć zmianę algorytmu, jednym słowem – jak wyjść cało z tego „Armageddonu” .

Zainteresowanych odsyłam do niezliczonych recept, które serwuje dr Google – wszystkie działają jak pewna najpopularniejsza tabletka przeciwbólowa, czyli tłumią na chwilę niepokój, jaki dławi każdego, kto na co dzień używa Facebooka jako narzędzia marketingowego i PRowego.

Właściwie wiemy już, co mamy robić; każdy z nas, maczających codzienne palce w facebookowym algorytmie, słyszał okrągłe jak pigułka zalecenia: „buduj zaangażowanie”, „kładź nacisk na naturalne interakcje”, „buduj bliskie relacje ze społecznością”, “bądź lokalsem”. Ta pigułka staje w gardle, bo w ostateczności, by utrzymać organiczne zasięgi, trzeba stać się mamą, siostrą, bratem, psiapsiółką z liceum i kolegą z siłki dla każdego z naszych fanów.

Znamy także z pierwszej ręki relacje użytkowników, na których Facebook testował zmiany, w tym podział news feed na 2 części, prywatną i publiczną – można ich posłuchac m.in. w bardzo zacnym podcaście BBC. Wiemy, że przeciętny Homo Scrollens odczuwa pewien rodzaj ulgi, gdy nagle news feed przestaje wyświetlać reklamy programów treningowych na przemian ze zdjęciami cierpiących głód ofiar wojny w Syrii. To swoisty powrót do przeszłości – niewielu z nas pamięta, że portal służył na początku do podglądania cudzych zdjęć z wakacji 😉

Siadaj, pała z Facebooka!

Nie przestaje mnie jednak nurtować emocjonalny ton wypowiedzi szefa Facebooka. Mark Zuckerberg jednoznacznie daje nam znać, że nie jest zadowolony z tego, jak używamy jego aplikacji. Jesteśmy zbyt pasywni – pisze – za dużo czasu spędzamy bezmyślnie gapiąc się w kolejne filmiki i skanując wzrokiem tabloidowe treści. To nie jest dobre dla naszego zdrowia, samopoczucia i relacji. Nie tak to sobie wyobrażał, nie taki był cel Facebooka, mieliśmy wszyscy zbliżać się do siebie! Źle, źle, źle.

Cóż, mleko się rozlało, a wielkim koncernom, jak Facebook, Google i Apple, udało się znacząco wpłynąć na losy paru pokoleń. Alarmistyczny ton przebija szczególnie w tym fragmencie oświadczenia, w którym mowa jest o naukowych badaniach, jakie Facebook analizował i wraz z „wiodącymi ekspertami” prowadził na uniwersytetach. Wow, realizowanie badań to już wyższy poziom wyrzutów sumienia.

I-Gen, czyli pokolenie Iphone’a

Zastanawiam się, czy Zuckerberg do grona „wiodących ekspertów” zalicza też Jean M. Twenge, autorkę opublikowanej w sierpniu 2017 r. książki „iGen: Why Today’s Super-Connected Kids Are Growing Up Less Rebellious, More Tolerant, Less Happy–and Completely Unprepared for Adulthood–and What That Means for the Rest of Us”. Profesor psychologii z uniwersytetu stanowego w San Diego od 25 lat bada różnice pokoleniowe. Jej refleksje na temat pokolenia amerykańskich dzieciaków, urodzonych między 1995 a 2012 i określonych przez badaczkę mianem I-Gen, są porażające.

Wszystkich rodziców dzieci urodzonych w tym okresie poklepuję po ramieniu, odsyłam do książki i do świetnego artykułu autorki w The Atlantic. Przykro mi, nic już nie będzie takie, jak kiedyś, ale przynajmniej już to wiemy.

W artykule znajdziecie takie wypowiedzi nastolatków: “ Nie mieliśmy wyboru, nie znamy życia bez iPadów i IPhone’ów. Myślę, że lubimy nasze telefony nawet bardziej niż ludzi.” Co to dokładnie oznacza ?

Od 2011 r., statystyki dotyczące zachorowań na depresję i prób samobójczych wśród nastolatków poszybowały niebotycznie w górę; mówi się o najgorszym kryzysie zdrowia psychicznego od dekad.

  • 17-18-latkowie wychodzą z domu rzadziej niż 13-14 latkowie jeszcze w 2009 r.
  • Tylko 56% z nich była w 2015 r. na randce.
  • Coraz później robią prawo jazdy – są wożeni przez rodziców.
  • Coraz mniej imprezują.
  • Coraz rzadziej pracują, co w Stanach było normą od lat 70-tych.
  • Coraz później zaczynają uprawiać seks.
  • Mają coraz więcej wolnego czasu, ale coraz mniej śpią.
  • Są coraz bardziej nieszczęśliwi.

Zasada jest prosta i oparta na statystycznym wyliczeniu – im mniej czasu badany nastolatek spędza ze smartfonem, tym jest szczęśliwszy. Co pan na to, panie Zuckerberg?

Mamo, daj lajka!

Brytyjskie badania przeprowadzone niedawno w grupie fokusowej 8-12 latków przynoszą podobnie niewesołe wnioski. FOMO to pikuś przy paradzie innych problemów, z jakimi borykają się dzieci korzystające na co dzień ze smartfonów.

  • Czują się uprzedmiotowione i bezradne, gdy dorośli wrzucają w sieć ich zdjęcia ( sharenting);
  • nie mogą się skupić w domu, odrabiając lekcje, przy nieustannie spływających powiadomieniach.
  • Są ofiarami hejtu i nie bardzo wiedzą, jak sobie z tym poradzić.
  • Boleśnie przeżywają własne kompleksy dotyczące wyglądu, porównując się do kolegów i celebrytów; są niezwykle świadome trendów w modzie i spędzają czas planując stylizacje do kolejnych selfie.
  • Last but not least, żyją dla lajków – to dla nich nagroda i szybko opanowują zasady gry, czyli uczą się, co i jak postować. Są przez to zarazem niepewne, zestresowane, jak i niezwykle samoświadome.
  • Zazdroszczą innym.

Najbardziej uderzające jest chyba to, że duża część grupy widzi swoją przyszłość właśnie w social media – „chcę zostać YouTuberem”powtarza się dość często, a influencerzy stają się autorytetami w wielu życiowych kwestiach, które wykraczają poza wybór butów.

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o…

Czy właśnie tego obawia się dla swoich córek Mark Zuckerberg? Czyżby zdał sobie sprawę, że dołożył do tego całkiem spory niebieski kamyk? Jeśli inwestorzy Apple czują ciężar odpowiedzialności, obawiając się, że uzależnienie od Iphonów może być niebezpieczne dla zdrowia dzieci i wymagają od firmy wdrożenia rozwiązań, czemu social mediowy gigant nie miałby czuć się choć odrobinę winny?

Wierzę w ludzkość prawie jak Czesław Niemen, a szczególnie wierzę w to, jak nas zmieniają nasze dzieci. Może mniej śpimy i miewamy kłopoty z logicznym rozumowaniem, ale trening empatii, jakiemu nas poddają, jest czymś niezwykłym i niepowtarzalnym.

Bardzo chciałabym wierzyć, że za zapowiadanymi zmianami stoi właśnie autentyczna troska o użytkowników, obudzona przez ojcowski instynkt. Niestety, nabyty, nie wrodzony sceptycyzm każe mi z niepokojem wyczekiwać wzrostu cen za Facebookowe reklamy.

Do zobaczenia na Fejsie! Jeśli mnie będzie widać 😉

5 groszy od Dominika

Najnowsze zmiany największego antyinternetu z pewnością wpisują się 10-letni plan Zuckerberga. Cofnijmy się do głośnej konferencji z 2016 r. kiedy to Mark zakreślił wyraźnie plany rozwoju dla Facebooka: AI, VR, AR. Wydaje się, że sztuczna inteligencja nakarmiła się już na tyle wystarczająco, aby generować treści na stronach. Popularność botów potwierdza ten kierunek. Zatem, porządkowanie algorytmu może(będzie) być początkiem czegoś większego.