Loading...

Category Archives: blog

wpisy blogowe

Dzień kobiet, nie­dziela bez han­dlu, Oskary i disco polo. Rela­cja na 2 głosy z #MwK2018, część 1

Kasia:

W tym tygo­dniu, z oka­zji Dnia Kobiet, przez media prze­ta­cza się powoli fala poli­tycz­nych, spo­łecz­nych i life­sty­lo­wych pod­su­mo­wań, obra­ca­ją­cych się wokół rów­no­upraw­nie­nia, femi­ni­zmu i eman­cy­pa­cji kobiet. Na pewno w wielu z nich zabrzmi echo #me­too i #ti­me­sup, być może pojawi się także na mar­gi­ne­sie dys­ku­sja o inklu­zyw­no­ści, ale raczej w kon­tek­ście pory­wa­ją­cego prze­mó­wie­nia Fran­ces McDor­mand i jej #inc­lu­sion­ri­der, niż fak­tycz­nej reflek­sji o poli­tyce włą­cza­nia mniej­szo­ści.

Tym­cza­sem to wła­śnie inklu­zyw­ność oka­zała się leit­mo­ty­wem tego­rocz­nej kon­fe­ren­cji Mar­ke­ting w Kul­tu­rze w gdań­skim Cen­trum Soli­dar­no­ści. To już trze­cia edy­cja tej świet­nej ini­cja­tywy Insty­tutu Kul­tury Miej­skiej w Gdań­sku. Orga­ni­za­to­rzy obrali fajny kie­ru­nek – trzy­ma­jąc się realiów pol­skich insty­tu­cji kul­tury, poka­zują nie tylko naj­lpe­sze prak­tyki ze świata, ale przede wszyst­kim wpusz­czają do sali kon­fe­ren­cyj­nej tro­chę świe­żego powie­trza w postaci spe­ców od twar­dego mar­ke­tingu, zorien­to­wa­nych na target i tzw ROAS (Return Of Ad Spend, to tłu­ma­cząc z mar­ke­tin­go­wego na pol­ski, przy­chód wyge­ne­ro­wany przez wyko­rzy­stany budżet). Dzięki takiemu podej­ściu, zamiast ema­blo­wać się w kółeczku wza­jem­nej ado­ra­cji, PRowcy kul­tury z całej Pol­ski uczest­ni­czą w czymś w rodzaju zbio­ro­wej tera­pii.

Art is the new sexy

MwK otw­rzyła w tym roku, podob­nie jak w poprzed­nim, Nata­lia Hatal­ska, która tym razem przy­go­to­wała pre­zen­ta­cję skro­joną na miarę sek­tora kul­tury. Jej ubie­gło­roczny występ był nieco roz­cza­ro­wu­jący dla wszyst­kich czy­tel­ni­ków Trend Booka ze względu na duży poziom ogól­no­ści, ale teraz udało jej się naprawdę zain­spi­ro­wać publicz­ność. Zapre­zen­to­wała parę case stu­dies pro­sto z muzeów i wyda­rzeń arty­stycz­nych, które ilu­stro­wały zde­fi­nio­wane przez badaczkę trendy. Wspo­mi­na­łam już w jed­nym z poprzed­nich arty­ku­łów, że nie prze­pa­dam za wró­że­niem z fusów inter­netu i podob­nie jak Julia Izmał­kowa, wie­rzę raczej w rze­czy­wi­stość, niż w trendy. Zde­fi­nio­wane przez Hatal­ską zja­wi­ska też nie są odkryw­cze, udało jej się raczej zgrab­nie zamknąć w pięk­nych slaj­dach nasze intu­icje.

Dominik:

Nata­lia Hatal­ska już na początku swo­jej pre­lek­cji powie­działa, klu­czową moim zda­niem tezę: że trendy przy­cho­dzą spoza branży. Oczy­wi­ście jestem daleki od wcho­dze­nia w tym miej­scu w defi­ni­cję czym jest kul­tura i to by zna­czyło, że wybrany trendy przy­cho­dzi do kul­tury z zewnątrz. Warto jed­nak pod­kre­ślić 2 rze­czy. Po pierw­sze, od dawna jest tak, że to kul­tura rozu­miana jako aktyw­ność insty­tu­cji kul­tury i arty­stów suge­ruje wiele tema­tów innym bran­żom. Po dru­gie, trendy w tech­no­lo­gii poja­wiają się w dzia­ła­niach kul­tury (wierz­cie mi, wiele lat temu na stu­diach filo­zo­ficz­nych zaj­mo­wa­łem się wpły­wem tech­no­lo­gii na inte­rak­tyw­ność w sztuce współ­cze­snej 😉

No a kon­kret­nie? Sztuczna inte­li­gen­cja, oparta na naucza­niu maszy­no­wym zaczyna dzia­łać w kul­tu­rze. Przy­kład pierw­szy z brzegu: wyko­rzy­sta­nie samo­uczą­cych się botów w dziale obsługi publicz­no­ści.

Kasia:

Hatal­ska inklu­zję i cele­bra­cję róż­no­rod­no­ści wymie­niła jako pierw­sze trendy, istotne dla świata kul­tury. Co ude­rzyło mnie naj­bar­dziej w jej wystą­pie­niu, to reflek­sje po tego­rocz­nym Euro­best (www.euro­best.com) – już dawno pozby­łam się złu­dzeń, że kul­tura to towar pierw­szej potrzeby, stało się to jakoś w pierw­szym tygo­dniu pracy w roli rzecz­nika gale­rii sztuki współ­cze­snej. Prze­ra­bia­łam też nie­raz pokraczne próby ożenku lokal­nego biznesu z kul­turą wysoką, które w więk­szo­ści przy­pad­ków pozo­sta­wiały nie­smak zamiast zapo­wia­da­nych zysków. Dotk­nęło mnie to, jak w opo­wie­ści o pro­jektach pre­zen­to­wa­nych w ramach Euro­best kul­tura i sztuka stają się nagle czymś naj­bar­dziej hot, z naj­więk­szym hype’m – bogate i syte spo­łe­czeń­stwa, znu­dzone reklamą, cho­ru­jące na postę­pu­jącą rekla­mową śle­potę, nie są jesz­cze odporne na urok praw­dzi­wej opo­wie­ści. O ile sto­ry­tel­lin­gowe sztuczki mar­ke­te­rów już nam się tro­chę prze­ja­dły, sztuka ofe­ruje opo­wie­ści, które wykra­czają poza pro­sty sche­mat „Jak w 5 kro­kach stwo­rzyć opo­wieść o pro­duk­cie”.

Dominik:

Czo­łowa pol­ska badaczka wizji przy­szło­ści, bazu­jąc na róż­nych przy­kładach wska­zała rów­nież na nową funk­cję insty­tu­cji kul­tury. Jej hybry­do­wość. Zatem, nie dzi­wią już sesje jogi, czy fit­ness w prze­strzeni wypeł­nio­nej eks­po­na­tami nowo­jor­skiego muzeum czy hostel i cowor­king w japoń­skiej sie­ciówce księ­gar­nio – biblio­tek.

What? Wait a minute.

Nie­sa­mo­wite, że już w 2009 roku w toruń­skim Cen­trum Sztuki Współ­cze­snej taka hybry­dowa prze­strzeń dzia­łała. Pro­jekt (słowo wytrych) pt. Pokój z kuch­nią łączył w sobie funk­cje świe­tlicy, sali zabaw, cowor­kingu i swego rodzaju kan­tyny.

Pokój z kuchnią, CSW Toruń

#POP, czyli powolny obchód pola w ryt­mie disco polo. Smu­teczki robot­nika kul­tury.

Kasia:

O ile pod­czas dys­ku­sji samych pra­cow­ni­ków insty­tu­cji kul­tury scena drżała za każdy razem, gdy uży­wano słowa „target” lub innego ter­minu ze słow­nika mar­ke­te­rów, w pre­zen­ta­cji prof. Toma­sza Szlen­daka z UMK zoba­czy­li­śmy, jak bar­dzo nie­po­trzeb­nym pro­duk­tem w codzien­nym koszyku Polka jest kul­tura. Przed powsta­niem CSW w Toru­niu, na zle­ce­nie pierw­szego dyrek­tora pla­cówki prof. Szlen­dak razem z zespo­łem zro­bił bada­nia miesz­kań­ców mia­sta, doty­czące ich ocze­ki­wań zwią­za­nych z nowym miej­scem. I wtedy po raz pierw­szy pozna­li­śmy zna­cze­nie słowa „gale­ria” według Pola­ków. CSW jako gale­ria han­dlowa – ten obraz został z nami na parę lat w roli aneg­doty-stra­szaka. I powró­cił, już jako stra­szak pełną gębą, na tego­rocz­nej kon­fe­ren­cji.

Pro­fe­sor pre­zen­to­wał w ramach wystą­pie­nia zak­tu­ali­zo­wana wer­sję raportu „Prak­tyki kul­tu­rowe Pola­ków”, czyli oparte o bada­nia tere­nowe, obser­wa­cję uczest­ni­czącą, sha­do­wing dia­gnozę życia kul­tu­ral­nego go narodu znad Wisły.

Domi­nik:

Ja sam mia­łem zresztą oka­zję współ­pra­co­wać z pro­fe­sorem bez­po­śred­nio w bada­niu. W swoim cza­sie odpo­wia­da­łem za neto­gra­fię (etno­gra­ficzne bada­nie spo­łecz­no­ści inter­ne­to­wej) i bada­nie ope­ra­cyjne w ramach kato­wic­kiego festi­walu Tau­ron Nowa Muzyka. Spe­cy­ficzna publicz­ność festi­walu oraz jej zacho­wa­nia potwier­dzają ogólne tezy Szlen­daka. Przy­pad­kowe osoby na festi­walu czuły się zagu­bione, nie rozu­mie­jąc muzyki i zacho­wań. Jed­no­cze­śnie festi­wal wyraź­nie wpi­suje się w trend hybry­do­wo­ści i mul­tiw­ra­że­nio­wo­ści. W spe­cjal­nym pawi­lo­niku funk­cjo­no­wało festi­walowe „przed­szkole” / miej­sca zabaw dla małych dzieci. Pod opieką ani­ma­to­rów dzieci miały co robić, w cza­sie kiedy rodzice uczest­ni­czyli w kon­cer­cie Mode­rat czy Amon Tobin.

Kasia:

Cała publi­ka­cja to abso­lutny must read dla ludzi kul­tury – ale uprze­dzam, lek­tura powo­duje nie­uko­jony smu­tek. Ten smu­tek wyczu­walny był na sali, nawet oka­zjo­nalne wybu­chy śmie­chu po iro­nicz­nych komen­ta­rzach pro­fe­sora brzmiały nieco nostal­gicz­nie.

”Marsz, cha­mie, do muzeum w nie­dzielę!”, czyli pol­ski prze­mysł pogardy.

W kon­tek­ście pol­skich kon­su­men­tów kul­tury inklu­zja nabiera nieco innego zna­cze­nia. Przy­wo­łane przez Szlen­daka zało­że­nie, że to wła­śnie prak­tyki kul­turalne są w Pol­sce polem walki kla­so­wej jest pora­ża­jące. W świe­tle jego badań naj­więk­szy roz­łam w pol­skim spo­łe­czeń­stwie widoczny jest wła­śnie w spo­so­bie korzy­sta­nia z kul­tury. Co wię­cej, te róż­nice budzą pogardę, którą trudno będzie zwal­czyć nawet naja­brdziej inklu­zyw­nymi pro­gra­mami edu­ka­cyj­nymi. Świet­nie to widać pod­czas nie­han­dlo­wej nie­dzieli – część z nas grzmi i uty­skuje na nie­prak­tycz­ność takiego roz­wią­za­nia i pomstuje na je pro­tek­cjo­nalny wydźwięk, część zasy­puje inter­net memami o tym, że naresz­cie Polacy tra­fią do gale­rii sztuki, nawet przez pomyłkę.

Cie­ka­wie wygląda aktyw­ność insty­tu­cji kul­tury w tę nie­han­dlową nie­dzielę; mam wra­że­nie, że przez więk­szość komu­ni­ka­tów w mediach spo­łecz­no­ściowych prze­bija jed­nak iro­niczna wyż­szość, tak, jakby „gale­rie zawsze otwarte w nie­dziele” pusz­czały oko do sta­łych bywal­ców. Czy zna­cie jakąś cało­ściową kam­pa­nię kul­turalną, przy­go­to­waną na wolne od han­dlu nie­dziele? Stargetowaną wła­śnie na tę część spo­łe­czeń­stwa, która w nie­dzielę spa­ce­ruje po super­mar­ke­tach? Taką, która zamiast pouczać, coś im rze­czywiście pro­po­nuje w zamian? Chęt­nie o tym usły­szymy, pisz­cie do nas z faj­nymi przy­kładami, bo mamy intu­icję, że to kolejna zmar­no­wana szansa dla pol­skiej kul­tury. Każdy z Was dostał pew­nie mnó­stwo new­slet­te­rów ze skle­pów inter­netowych, obie­cu­ją­cych zniżki i super­extra­oferty: czy ktoś dostał super­extra­ofertę od muzeum lub fil­har­mo­nii?

Dominik:

Warto pamiętać o pomyśle Czarka Chwicewskiego – Dyrektora Up To Date Festival, aby zrobić gazetkę – ulotkę wkładaną do skrzynek. Artyści byliby zaprezentowani w typowym gazetkowo – promocyjnym dizajnie. Oni to zrobią, sami zobaczycie!

Na szczę­ście ponure dia­gnozy i kon­sta­ta­cje to nie wszystko, MwK to rze­czywiście rodzaj zbio­ro­wej tera­pii w dobo­ro­wym towa­rzy­stwie;) #stay­tu­ned, wkrótce część 2 rela­cji, w któ­rej odej­dziemy od teo­re­ty­zo­wa­nia na temat kon­dy­cji kul­tury w Pol­sce na rzecz pod­su­mo­wa­nia bar­dzo inspi­ru­ją­cych insi­gh­tów, które zna­leź­li­śmy na kon­fe­ren­cji.

Czy kul­tura może być zwinna, czyli z jakich zasad agile warto korzy­stać w kul­tu­rze (i nie tylko)?

Ostat­nio coraz czę­ściej spo­tyka się sto­so­wa­nie zwin­nych (z ang. agile) meto­dyk zarzą­dza­nia pro­jek­tami w bran­żach nie­ko­niecz­nie zwią­za­nych z IT. Być może koja­rzy­cie takie poję­cia, jak scrum, kan­ban, sprint czy retro. Coraz więk­sza popu­lar­ność zwin­nego spo­sobu zarzą­dza­nia w róż­nych bran­żach nie poja­wia się bez powodu. Cyfrowe realia kul­tury i gospo­darki powo­dują, że spraw­dzone na polu IT narzę­dzia dobrze dzia­łają także w innych kon­tek­stach. Co ważne, po pro­stu uła­twiają zespo­łom pracę.

Fun­da­menty zwin­nego zarzą­dza­nia pro­jektem pole­gają w bar­dzo dużym uprosz­cze­niu na dwóch rze­czach. Po pierw­sze na ope­ro­wa­niu  krót­kimi, okre­ślo­nymi cyklami zadań (poję­cia takie jak: sprint, time­box, ite­ra­cja). Po dru­gie, reali­za­cja pro­jektu polega na cią­głym spraw­dza­niu przez odbiorcę każ­dego wypra­co­wa­nego ele­mentu.

Róż­nicę wzglę­dem kla­sycz­nego podej­ścia czyni wła­śnie cyklicz­ność. Stan­dar­dowe zarzą­dza­nie pro­jek­tami opiera się głów­nie na modelu kaska­do­wym, gdzie poszcze­gólne (najczę­ściej duże) etapy nastę­pują po sobie.

Źródło: https://blog.ganttpro.com/

Na pod­sta­wie moich doświad­czeń w CSW oraz współ­pracy z róż­nymi zespo­łami kul­tury uwa­żam, że ele­menty zwin­nego zarzą­dza­nia mogą z powo­dze­niem dobrze zagrać w insty­tu­cji kul­tury. Wybra­łem 3 fun­da­menty meto­dyczne oraz 2 prak­tyki, które warto zasto­so­wać, wdro­żyć i spraw­dzić w prak­tyce. Jakie korzy­ści może dać to zespo­łowi? Mówiąc krótko – codzienna praca będzie po prostu szyb­sza i prost­sza.

Prak­tyka codzien­nych spo­tkań

W meto­dykach agile zespoły spo­ty­kają się codzien­nie w ramach tzw. daily scrum lub daily stan­dup. Spo­tka­nia pole­gają na szyb­kim i rze­czo­wym omó­wie­niu zadań i zasy­gna­li­zo­waniu pro­ble­mów.

W realiach kul­tury rzeczywiście spo­ty­kamy się czę­sto. Ale może warto zmie­nić for­mułę tych spo­tkań? Prze­wle­kłe nasia­dówki, w któ­rych cały zespół oma­wia wszyst­kie zada­nia, nie są efek­tywne. Być może warto zasto­so­wać spraw­dzoną prak­tykę szyb­kich odpraw na sto­jąco, w okręgu, gdzie każdy w ciągu 1 minuty mówi co zro­bił, co robi i co zrobi?

Demon­stra­cja kon­troli, czyli praca jest trans­pa­rentna

To jeden z fun­da­mentów meto­do­lo­gii. Nie cho­dzi tu o nad­zór kie­row­nika czy dyrektorki. Kon­trola w zwin­nych pro­jektach ozna­cza przej­rzy­stość zadań i prze­biegu pracy. Wszyst­kie zada­nia wraz z ich stop­niem reali­za­cji są widoczne dla całego zespołu. Każdy widzi, kto i co robi, jak to robi i kiedy zadanie jest wykonane. W ten spo­sób cały zespół ma kon­trolę nad pro­jektem i wie dokład­nie, na jakim jest etapie. Kiedy poja­wiają się kło­poty (a umówmy się, poja­wią się zawsze) cała dru­żyna to widzi. Mam wra­że­nie, że bar­dzo czę­sto wła­śnie tego ele­mentu bra­kuje. Zresztą nie tylko w insty­tu­cjach kul­tury.

Jak zre­ali­zo­wać w prak­tyce trans­pa­rent­ność?

Zasto­so­wać cho­ciażby ogól­no­do­stępną białą tablicę, na któ­rej będzie cała lista zadań wraz z przy­pi­sa­nymi oso­bami i ter­minami. Jesz­cze lepiej, kiedy takie narzę­dzie włą­czymy w inter­ne­cie. Wystar­czy wykorzy­stać np. apli­ka­cję Trello.

Ale trans­pa­rent­ność to także współ­praca zespołu, czyli wza­jemna pomoc i odcią­ża­nie osób, które mają za dużo zadań. Jak wia­domo, dyżurną bolączką kul­tury jest za duże obło­że­nie pracą i niekończący się, ruj­nu­ją­cy mul­ti­ta­sking. W tym kon­tek­ście widocz­ność listy zadań, z pro­gre­sem pro­jektu i real­nym obcią­że­niem pomaga całemu zespo­łowi dojść do kon­kret­nego etapu.

Weźmy np. typową kam­pa­nię PR/mar­ke­ting dla festi­walu. Hania odpo­wiada za zebra­nie kom­pletu part­ne­rów medial­nych do wyda­rze­nia. Zbliża się ter­min zamknię­cia pro­jektów gra­ficz­nych i ich druku. Zespół widzi (na wspól­nej tablicy), że Hani trzeba pomóc, aby zamknąć ważny etap.

Praca w cyklach – fun­da­ment

Prze­sta­wie­nie spo­sobu pracy zespołu w insty­tu­cji kul­tury na ite­ra­cyjny może być wyzwa­niem. Obser­wo­wa­łem to na żywo i mogę potwier­dzić, że to dość trudne. Ale kiedy uda się prze­sko­czyć na myśle­nie ite­ra­cjami, efekty mogą być satys­fak­cjo­nu­jące.

W zwin­nych meto­dykach, przy two­rze­niu opro­gra­mo­wa­nia jest tak, że (każda) ite­ra­cja powinna dać na koniec dzia­ła­jący kawa­łek pro­gramu. Coś, co można spraw­dzić w dzia­ła­niu. Np. jeśli to jest por­tal inter­ne­towy, to po pierw­szej ite­ra­cji może zostać wypra­co­wana strona główna albo samo menu albo np. pro­jekt webde­si­gnu.

Ważne, aby uzmy­sło­wić całemu zespo­łowi, że szcze­góły pro­jektu mogą się poja­wiać raczej póź­niej, niż wcze­śniej. Weźmy jako przy­kład zada­nie opra­co­wa­nia pla­katu do festi­walu. Nie trzeba wyma­gać po pierw­szej ite­ra­cji kom­plet­nego pro­gramu wyda­rze­nia. Ten dopiero się two­rzy, będzie się jesz­cze zmie­niać. Tym­cza­sem pierw­szy pro­jekt pla­katu – rezul­tat pierw­szego cyklu dzia­ła­nia – może zawie­rać inne ele­menty gra­ficzne, a sam tekst pro­gramu może być zamar­ko­wany.

Inny przy­kład: kata­log do wystawy. Po pierw­szej ite­ra­cji – może powstać makieta publi­ka­cji, z zakre­ślo­nym spi­sem tre­ści, ukła­dem. Kolej­nym cykl doda kon­cept pro­jektowania gra­ficznego. Stop­niowo przy kolej­nych cyklach, publi­ka­cja będzie się roz­ra­stać i kry­sta­li­zo­wać. I to jest z pew­no­ścią roz­wią­za­nie lep­sze niż, zamy­ka­nie po pro­stu całego kata­logu na ostat­nią chwilę.

Czym jest potrzeba cią­głej i jasnej komu­ni­ka­cji w zespole?

Aby zro­zu­mieć ten fun­da­ment naj­le­piej jest od razu pomy­śleć o dedy­ko­wa­nym do pracy przy pro­jektach komu­ni­ka­to­rze. Apli­ka­cji, która będzie dzia­łać i na kom­pu­te­rze i w smart­fo­nie. Oczy­wi­ście komu­ni­ka­cja to coś wię­cej niż komu­ni­ka­tor, maile. To rów­nież spo­tka­nia, tele­fony i odpo­wied­nia dys­try­bu­cja infor­ma­cji.

Potrzebę wypeł­nia dobry komu­ni­ka­tor inter­ne­towy z gru­po­wym cha­to­wa­niem. Face­book mes­sen­ger, który poja­wia się jak naj­bar­dziej oczy­wi­sta odpo­wiedź, nie zagra. Z moich doświad­czeń wiem, że to po prostu nie działa. W mes­sen­gerze mamy wszyst­kich. Do tego, aby z niego korzy­stać na kom­pu­te­rze musi­cie mieć włą­czo­nego Face­booka (chyba, że ktoś zna Franz app). Cały tłum eks­per­tów od pro­duk­tyw­no­ści wska­zuje jed­no­znacz­nie, że naj­bar­dziej roz­pra­sza­jącą rze­czą w pracy jest Fej­sik, a jakże 😉

Dla­tego świat IT (i nie tylko) o dobrych 4 lat lat zachwyca się Slac­kiem (lub jego licz­nymi klo­nami). Jeśli ktoś z Was o nim nie sły­szał i jeszcze nie pró­bo­wał, musi szybko nadro­bić. Apli­ka­cja spraw­dza się w zespo­łach od 3 osób w górę.

Co czyni ze Slacka prak­tyczną reali­za­cję jed­nego z fun­da­mentów zwin­nego zarzą­dza­nia? Moż­li­wość cią­głej komu­ni­ka­cji w jed­nym oknie z całym zespo­łem lub tylko jed­nym współ­pra­cow­ni­kiem. Możemy cza­to­wać o całym pro­jek­cie, ale wystar­czy jeden klik, by omó­wić wybrane zada­nie tylko z jedną osobą. Tylko tyle i aż tyle. Mobilna apli­ka­cja powo­duje, że nawet zdal­nie jeste­śmy na­dal włą­czeni w komu­ni­ka­cję. Oczy­wi­ście, można też wyci­szyć powia­do­mie­nia na określony czas.

Funk­cjo­nal­ność apli­ka­cji zwięk­sza się jesz­cze bar­dziej, kiedy podłą­czymy do niej współ­dzie­lony wir­tu­alny dysk z całą kolek­cją doku­men­tów, foto­gra­fii, mate­ria­łów pro­mo­cyj­nych. Szybko prze­ko­na­cie się, że coraz mniej korzy­sta­cie z fir­mo­wego e-maila. No chyba, że trzeba napi­sać coś naprawdę waż­nego do dyrek­tora albo przy­spie­szyć prze­lewy w księ­go­wo­ści.

Współ­dzie­lone i współ­two­rzone zasoby

Cza­sem mam wra­że­nie, że w insty­tu­cjach kul­tury wciąż nie odkryto jesz­cze narzę­dzi, dzięki któ­rym praca nad jed­nym doku­men­tem może być wygodna, szybka, rów­no­le­gła, zdalna, sło­wem zwinna. Kiedy na szko­le­niach poka­zuję, jak łatwo i spraw­nie reda­guje się wspól­nie doku­menty albo two­rzy media­plany we wspól­nym arku­szu, czę­sto spo­tykam się ze zdzi­wie­niem. Tak, korzy­sta­nie z inter­ne­towych pakie­tów apli­ka­cji biu­ro­wych wciąż nie jest powszechną prak­tyką. Nawet jeśli nie ma moż­li­wo­ści prze­sta­wie­nia się na zwinne meto­dyki zarzą­dza­nia to warto przeprosić się z Google Dokumenty albo Office365.

Na zakoń­cze­nie muszę pod­kre­ślić, że zasto­so­wa­nie wybra­nych spo­so­bów musi zostać prze­te­sto­wane, spraw­dzone, omó­wione w całym zespole. Nie jest żadną tajem­nicą, że wpro­wa­dza­nie zmiany w orga­ni­za­cjach jest trudne i wiąże się z ryzy­kiem. Nie­stety tylko jedna nie­prze­ko­nana osoba może spo­wo­do­wać, że nowa meto­dyka nie zadziała i nie przy­nie­sie ocze­ki­wa­nych korzy­ści. Jakich? Szybszej, pro­stszej i pozbawionej chaosu i napięcia codziennej pracy.

5 gr od Kasi, slackowo:

Jeśli zmywarka może uratować małżeństwo przed kryzysem ( been there ;), Slack może uratować przed tzw work overload. Z ręką na sercu przyznaję, że mnie ocalił przed niejednym nerwowym załamaniem. Na pewno znacie dobrze to uczucie, kiedy po odpaleniu skrzynki mailowej widzicie kwadrylion nieodebranych wiadomości w różnych wątkach i łańcuszkach… Na dodatek wyszukiwarka w poczcie jest nieintuicyjna i nie możecie szybko znaleźć potrzebnej informacji, zagrzebanej w lawinie załączników i korespondencji. Slack pozwala raz na zawsze pożegnać to uczucie 😉 Największym wyzwaniem wydaje się w tym kontekście samo wdrożenie aplikacji w zespole, ale to już temat na posta z kategorii “Sekretne życie instytucji kultury” 😉

Co gryzie Marka Zuckerberga? Matka-Polka o zmianach algorytmu Facebooka.

Parę tygodni temu Facebook zatrząsł się w posadach. Nie wszyscy być może już poczuliśmy te drgania, ale wkrótce odczuwalne będą w najdalszych zakamarkach Facebookowej społeczności, czyli nawet na news feedzie mojej Mamy. I twojej też 😉
Na początku tego roku Mark Zuckerberg, przez niektórych uważany za następcę Donalda Trumpa, przez innych – za zakompleksionego geeka w szarym t-shircie, który raz na zawsze popsuł nam Świat, ogłosił, że Facebook się zmienia.

Jak przetrwać zmianę algorytmu – zestaw pierwszej pomocy.

Jego przydługi ( według większości internetowych tutoriali autorstwa guru od marketingu, rozpoczynających się od frazy „5 zasad tworzenia bombastycznych postów na FB, które będą czytać, lajkować, komentować i udostępniać WSZYSCY”) tekst to epicentrum tego sejsmicznego vibratto. Już parę minut po publikacji w grupach facebookowych, na forach i portalach poświęconych social media zapanowała atmosfera lekkiej paniki. Wspomnieni guru od marketingu zdołali na szczęście błyskawicznie przerobić hormon stresu na serię artykułów opisujących krok po kroku, jak radzić sobie z traumą ( zapalić pachnące świece, zrobić tadasanę, zapisać się na kurs garncarstwa) oraz jak przeżyć zmianę algorytmu, jednym słowem – jak wyjść cało z tego „Armageddonu” .

Zainteresowanych odsyłam do niezliczonych recept, które serwuje dr Google – wszystkie działają jak pewna najpopularniejsza tabletka przeciwbólowa, czyli tłumią na chwilę niepokój, jaki dławi każdego, kto na co dzień używa Facebooka jako narzędzia marketingowego i PRowego.

Właściwie wiemy już, co mamy robić; każdy z nas, maczających codzienne palce w facebookowym algorytmie, słyszał okrągłe jak pigułka zalecenia: „buduj zaangażowanie”, „kładź nacisk na naturalne interakcje”, „buduj bliskie relacje ze społecznością”, “bądź lokalsem”. Ta pigułka staje w gardle, bo w ostateczności, by utrzymać organiczne zasięgi, trzeba stać się mamą, siostrą, bratem, psiapsiółką z liceum i kolegą z siłki dla każdego z naszych fanów.

Znamy także z pierwszej ręki relacje użytkowników, na których Facebook testował zmiany, w tym podział news feed na 2 części, prywatną i publiczną – można ich posłuchac m.in. w bardzo zacnym podcaście BBC. Wiemy, że przeciętny Homo Scrollens odczuwa pewien rodzaj ulgi, gdy nagle news feed przestaje wyświetlać reklamy programów treningowych na przemian ze zdjęciami cierpiących głód ofiar wojny w Syrii. To swoisty powrót do przeszłości – niewielu z nas pamięta, że portal służył na początku do podglądania cudzych zdjęć z wakacji 😉

Siadaj, pała z Facebooka!

Nie przestaje mnie jednak nurtować emocjonalny ton wypowiedzi szefa Facebooka. Mark Zuckerberg jednoznacznie daje nam znać, że nie jest zadowolony z tego, jak używamy jego aplikacji. Jesteśmy zbyt pasywni – pisze – za dużo czasu spędzamy bezmyślnie gapiąc się w kolejne filmiki i skanując wzrokiem tabloidowe treści. To nie jest dobre dla naszego zdrowia, samopoczucia i relacji. Nie tak to sobie wyobrażał, nie taki był cel Facebooka, mieliśmy wszyscy zbliżać się do siebie! Źle, źle, źle.

Cóż, mleko się rozlało, a wielkim koncernom, jak Facebook, Google i Apple, udało się znacząco wpłynąć na losy paru pokoleń. Alarmistyczny ton przebija szczególnie w tym fragmencie oświadczenia, w którym mowa jest o naukowych badaniach, jakie Facebook analizował i wraz z „wiodącymi ekspertami” prowadził na uniwersytetach. Wow, realizowanie badań to już wyższy poziom wyrzutów sumienia.

I-Gen, czyli pokolenie Iphone’a

Zastanawiam się, czy Zuckerberg do grona „wiodących ekspertów” zalicza też Jean M. Twenge, autorkę opublikowanej w sierpniu 2017 r. książki „iGen: Why Today’s Super-Connected Kids Are Growing Up Less Rebellious, More Tolerant, Less Happy–and Completely Unprepared for Adulthood–and What That Means for the Rest of Us”. Profesor psychologii z uniwersytetu stanowego w San Diego od 25 lat bada różnice pokoleniowe. Jej refleksje na temat pokolenia amerykańskich dzieciaków, urodzonych między 1995 a 2012 i określonych przez badaczkę mianem I-Gen, są porażające.

Wszystkich rodziców dzieci urodzonych w tym okresie poklepuję po ramieniu, odsyłam do książki i do świetnego artykułu autorki w The Atlantic. Przykro mi, nic już nie będzie takie, jak kiedyś, ale przynajmniej już to wiemy.

W artykule znajdziecie takie wypowiedzi nastolatków: “ Nie mieliśmy wyboru, nie znamy życia bez iPadów i IPhone’ów. Myślę, że lubimy nasze telefony nawet bardziej niż ludzi.” Co to dokładnie oznacza ?

Od 2011 r., statystyki dotyczące zachorowań na depresję i prób samobójczych wśród nastolatków poszybowały niebotycznie w górę; mówi się o najgorszym kryzysie zdrowia psychicznego od dekad.

  • 17-18-latkowie wychodzą z domu rzadziej niż 13-14 latkowie jeszcze w 2009 r.
  • Tylko 56% z nich była w 2015 r. na randce.
  • Coraz później robią prawo jazdy – są wożeni przez rodziców.
  • Coraz mniej imprezują.
  • Coraz rzadziej pracują, co w Stanach było normą od lat 70-tych.
  • Coraz później zaczynają uprawiać seks.
  • Mają coraz więcej wolnego czasu, ale coraz mniej śpią.
  • Są coraz bardziej nieszczęśliwi.

Zasada jest prosta i oparta na statystycznym wyliczeniu – im mniej czasu badany nastolatek spędza ze smartfonem, tym jest szczęśliwszy. Co pan na to, panie Zuckerberg?

Mamo, daj lajka!

Brytyjskie badania przeprowadzone niedawno w grupie fokusowej 8-12 latków przynoszą podobnie niewesołe wnioski. FOMO to pikuś przy paradzie innych problemów, z jakimi borykają się dzieci korzystające na co dzień ze smartfonów.

  • Czują się uprzedmiotowione i bezradne, gdy dorośli wrzucają w sieć ich zdjęcia ( sharenting);
  • nie mogą się skupić w domu, odrabiając lekcje, przy nieustannie spływających powiadomieniach.
  • Są ofiarami hejtu i nie bardzo wiedzą, jak sobie z tym poradzić.
  • Boleśnie przeżywają własne kompleksy dotyczące wyglądu, porównując się do kolegów i celebrytów; są niezwykle świadome trendów w modzie i spędzają czas planując stylizacje do kolejnych selfie.
  • Last but not least, żyją dla lajków – to dla nich nagroda i szybko opanowują zasady gry, czyli uczą się, co i jak postować. Są przez to zarazem niepewne, zestresowane, jak i niezwykle samoświadome.
  • Zazdroszczą innym.

Najbardziej uderzające jest chyba to, że duża część grupy widzi swoją przyszłość właśnie w social media – „chcę zostać YouTuberem”powtarza się dość często, a influencerzy stają się autorytetami w wielu życiowych kwestiach, które wykraczają poza wybór butów.

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o…

Czy właśnie tego obawia się dla swoich córek Mark Zuckerberg? Czyżby zdał sobie sprawę, że dołożył do tego całkiem spory niebieski kamyk? Jeśli inwestorzy Apple czują ciężar odpowiedzialności, obawiając się, że uzależnienie od Iphonów może być niebezpieczne dla zdrowia dzieci i wymagają od firmy wdrożenia rozwiązań, czemu social mediowy gigant nie miałby czuć się choć odrobinę winny?

Wierzę w ludzkość prawie jak Czesław Niemen, a szczególnie wierzę w to, jak nas zmieniają nasze dzieci. Może mniej śpimy i miewamy kłopoty z logicznym rozumowaniem, ale trening empatii, jakiemu nas poddają, jest czymś niezwykłym i niepowtarzalnym.

Bardzo chciałabym wierzyć, że za zapowiadanymi zmianami stoi właśnie autentyczna troska o użytkowników, obudzona przez ojcowski instynkt. Niestety, nabyty, nie wrodzony sceptycyzm każe mi z niepokojem wyczekiwać wzrostu cen za Facebookowe reklamy.

Do zobaczenia na Fejsie! Jeśli mnie będzie widać 😉

5 groszy od Dominika

Najnowsze zmiany największego antyinternetu z pewnością wpisują się 10-letni plan Zuckerberga. Cofnijmy się do głośnej konferencji z 2016 r. kiedy to Mark zakreślił wyraźnie plany rozwoju dla Facebooka: AI, VR, AR. Wydaje się, że sztuczna inteligencja nakarmiła się już na tyle wystarczająco, aby generować treści na stronach. Popularność botów potwierdza ten kierunek. Zatem, porządkowanie algorytmu może(będzie) być początkiem czegoś większego.

 

Nowy Twitter, czyli 280 znaków robi różnicę.

Zwięk­sze­nie limitu zna­ków we wpi­sach na Twit­terze ze 140 do 280 zna­ków to zda­niem wielu eks­per­tów jedna z naj­waż­niej­szych zmian w PR-e i mar­ke­tingu minio­nego roku. Tuż pod koniec 2017 roku plotki stały się prawą i Jack Dor­sey CEO Twit­tera wpro­wa­dził rewo­lu­cyjną zmianę.

Powie­dzieć, że Twit­ter to medium kon­tro­wer­syjne, to powie­dzieć coś oczywistego. Pomi­ja­jąc poli­tyczną gębę, którą mikro­blog ma przy­szytą w Pol­sce czy USA, Twit­ter wyróż­nia się wśród social media moż­li­wo­ścią nie­fil­tro­wa­nia tre­ści. Jeśli wyłą­czy­cie w usta­wie­niach algo­rytm (opcja time­line), dosta­nie­cie na swo­jej ścia­nie wszyst­kie wpisy od każdego ob­ser­wo­wa­nego użyt­kow­nika. Żad­nego fil­tro­wa­nia, automatycznego wybie­ra­nia wpisów. Twit­ter nie cie­szy się wielką popu­lar­no­ścią w Pol­sce, cho­ciaż sza­cuje się, że korzy­sta z niego ok. 4 mln użyt­kow­ni­ków. Poza gra­ni­cami jego pozy­cja jest zgoła inna, a np. w Japo­nii jest numerem jeden.

Moje obser­wa­cje i doświad­cze­nie pod­po­wiadają, że Twit­ter nadaje się bar­dziej do dzia­łań PR-o­wych niż czy­sto mar­ke­tingowych, dla­tego z tej per­spek­tywy krótko prze­ana­li­zo­wa­łem, jak może zadzia­łać nowa forma dłu­ż­szych twe­etów.

Zmiana odbiła się sze­ro­kim echem, szczególnie tak rady­kalna zmiana. Zwięk­sze­nie limitu zna­ków we wpi­sie ze 140 na 280 zna­ków wywo­łało entu­zjazm, ale i scep­ty­cyzm.

Co cie­kawe, szybko oka­zało się, że użyt­kow­nicy polu­bili dłuż­sze twe­ety. Bada­nia np. Social­flow poka­zują, że wpisy ponad 140 zna­ków zbie­rają dwu­krot­nie więk­sze zaan­ga­żo­wa­nie, zyskują wię­cej retwe­etów i polu­bień.

Jak wykorzy­stać zmianę w dzia­ła­niu Twit­tera i na nowy wpi­sać go do stra­te­gii komu­ni­ka­cji marki, orga­ni­za­cji, insty­tu­cji czy wyda­rze­nia?

Wię­cej zna­ków to wię­cej słów, czyli wię­cej tre­ści.

To nie zna­czy, że rezy­gnu­jemy z kom­pak­to­wej i mak­sy­mal­nie jasnej formy redak­cji tre­ści. 280 zna­ków to tylko 2 razy 140 zna­ków.
Z pew­no­ścią w tym momen­cie wpisy zmiesz­czą nieco wię­cej infor­ma­cji, peł­niej­szych wypo­wie­dzi, szcze­gó­ło­wych opi­sów. Jak poka­zują mistrzo­wie słowa histo­rię można opo­wie­dzieć w kilku sło­wach, dla­tego roz­sze­rze­nie limitu do 280 zna­ków tym bar­dziej da takie moż­li­wo­ści.

Jest jed­nak obawa. Czy przy­pad­kiem mar­ke­te­rzy nie zaczną wprost publi­ko­wać postów przy­go­to­wa­nych pod Face­bo­oka? Póki co takich prak­tyk jakoś nie obser­wuję, ale może mój inter­net ma nie­duże spek­trum.

280 zna­ków, hash­ta­go­wa­nie roz­sze­rzone

Twit­ter i Insta­gram to praw­dziwe domi­nium hash­ta­gów. Limit 280 zna­ków otwiera przed PR nin­jami nowe (spraw­dzone w Insta­gramie) moż­li­wo­ści. Hash­tag­ging, który jest oczy­wi­stą prak­tyką na Insta, można zacząć sto­so­wać i tu. To wzbo­ga­ca­nie wpi­sów serią hash­ta­gów pozy­cjo­nu­ją­cych pod zain­te­re­so­wa­nych odbior­ców. Warto wziąć pod uwagę moż­li­wość doda­wa­nia kolej­nych hash­ta­gów (słów klu­czo­wych z #), które agre­gują tre­ści. Dzięki temu wyszu­ka­nie wpi­sów oraz pro­fili powią­za­nych z wybra­nymi zagad­nie­niami i tema­tyką będzie łatwiej­sze. Ale i tu przyda się ostroż­ność. Prze­sada znana z Insta­grama może nie zadzia­łać. Użyt­kow­nicy, zwłasz­cza Ci, któ­rzy już Was obser­wują, mogą się zmę­czyć takimi tre­ściami w zbyt dużej ilo­ści.

Con­tent mar­ke­ting: nowe rozdanie

Kto nie sły­szał i nie sto­so­wał naj­waż­niej­szej aktu­al­nie tak­tyki mar­ke­tingowej? To two­rze­nie war­to­ści doda­nej bez oczywistego rekla­mo­wa­nia pro­duktu lub usługi. Marki robią to, aby prze­ko­nać do sie­bie klien­tów. W sumie to dzia­ła­nia wpi­sane w szer­szą stra­te­gię PRu – budo­wa­nia wize­runku.
Dłuż­sze twe­ety dają wygodną moż­li­wość szer­szego zaja­wia­nia tre­ści. W 280 zna­kach spo­koj­nie roz­wi­niesz główną tezę i dodasz krótki opis lub wyli­czankę korzy­ści.

Wię­cej miej­sca na lin­ko­wa­nie, na Twit­terze to realnie działa.

Wię­cej zna­ków ozna­cza wię­cej lin­ków! Teraz, gdy masz 280 zna­ków, możesz dodać kolejne odno­śniki do stron inter­ne­to­wych, ale wpi­sów w social media (w tym lin­ków wewnętrz­nych do poprzed­nich twe­etów). Pomyśl, jakie to daje moż­li­wo­ści! Nawią­zy­wa­nie do poprzed­nich tre­ści to dobry ruch. Nie ma takiej moż­li­wo­ści, aby Twoi odbiorcy zawsze zwró­cili uwagę na wszyst­kie Twoje komu­ni­katy.
Wypróbuj frazę ”Na wypa­dek, gdy­byś to prze­ga­pił”, twe­etu­jąc i dołą­cza­jąc linki Sprawdź tweet poni­żej.

Hory­zon­tal­nie czy wer­ty­kal­nie?

A może wpisy pio­nowe? To się może wyda­wać bez­u­ży­teczne, ale dłuż­sze twe­ety (roz­sze­rzone ente­rami) będą wizu­al­nie zaj­mo­wać wię­cej miej­sca w kana­łach. Dobry pomysł na spo­ra­dyczne akcje typu wyróż­nij się i wygraj. Zresztą wykorzy­stanie odstę­pów we wpi­sach to spraw­dzona tak­tyka nie tylko na Twit­terze. Zerknijcie tu.

Cytaty

Nowy Twit­ter otwiera moż­li­wo­ści bez­pro­ble­mo­wego cyto­wa­nia. Teraz powinno udać się wsta­wić wypo­wiedź oraz krót­kie info o oso­bie wraz z lin­kiem np. do konta na Twit­terze (ozna­czanie ludzi, pro­fili to nie­zbędne dzia­ła­nie). Dzięki temu uzy­skasz więk­szą widocz­ność dla Two­jego konta i inte­rak­cje.

Na koniec praw­dziwy strzał. Jeśli roz­sze­rzony for­mat wpi­sów na Twit­terze budzi w Two­jej gło­wie nowe pomy­sły na komu­ni­ka­cję, to co powiesz na serię 5 połą­czo­nych Twe­etów? Wraz z ostat­nią zmianą, ekipa z San Francisco dała moż­li­wość orga­nicz­nego (bez sto­so­wa­nia sztu­czek z plu­gi­nami) two­rze­nia tzw. twe­et­stor­mów. Dzięki temu limit jed­nej publi­ka­cji zwięk­sza się do magicz­nej liczby 1400 zna­ków. Jest to, co prawda, roz­dzie­lone na 5 postów, ale daje moż­li­wość opu­bli­ko­wa­nia cał­kiem zgrab­nej i boga­tej tre­ści. For­mat dla con­tent mar­ke­tingu? Oczy­wi­ście. A co z tym zrobi Donald Trump?

Dominik

5 groszy od Kasi

No właśnie, co z tym zrobi Trump, dowiemy się pewnie niebawem, czy tego chcemy, czy nie. Zastanawiam się tylko, czy rzeczywiście Twitterowi nie grozi zalanie przez falę gotowych szablonów postów, na siłę wrzucanych z innych platform. I mam głęboko ukrytą obawę, że rezygnacja z dyscypliny 140 znaków nie zrobi wszystkim dobrze… Urok tego medium tkwił właśnie w lapidarności komunikatów, którą narzucały na siłę techniczne ograniczenia. I co z poezją na Twitterze?!

Trend na trendy, czyli wróżenie przyszłości z fusów internetu

Trendy to jeden z wytrychów współczesnej kultury. Pojawiają się na okładkach lśniących magazynów dla kobiet, czają się w menu modnych knajpek, atakują nas w kolejnych newsletterach sklepów internetowych, w opiniotwórczych mediach, na blogach, portalach i w social media… Stały się czymś więcej niż marketingowe hasło, które pomaga sprzedawać nowy model trampek czy burgery z buraczków.

Nosząc pozory dziedziny naukowej i wiedzy tajemnej, trendy stały się potężnym biznesem. Mamy więc trendsetterów, czyli armię osób tak popularnych, że są w stanie przekonać tysiące dziewczyn do sznurowania się na co dzień w gorsecie ( casus Kim Kardashian, którą niechybnie czeka wieczne potępienie w feministycznym piekle ;), oraz trend forecasterów, którzy zawodowo zajmują się przewidywaniem przyszłości.

Podczas ostatniej edycji gdańskiego InfoShare, czyli międzynarodowej konferencji dla branży przemysłów kreatywnych, prawdziwą furorę zrobiła Julia Izmałkowa – charyzmatyczna psycholożka społeczna, która od lat prowadzi badania rynku dla wielkich marek. Prezentacja Julii, pod wdzięcznym tytułem „Fuck trends”, wypadła naprawdę oryginalnie na tle wielu wykładów prorokujących kolejne trendy w zakresie kultury jedzenia (czekam zwłaszcza na burgery z robaczków oraz steki z laboratorium!) , zastosowania sztucznej inteligencji, kierunku rozwoju mediów społecznościowych i wirtualnej rzeczywistości.

Okazało się nagle, że tzw storytelling, czyli święty Graal każdego PRowca, marketingowca i specjalisty od social media, dzięki któremu uda się sprzedać wszystko, to żaden trend, ale talent, i to znany od początków ludzkości. Miał go Homer, miał go Szekspir, ma go Dorota Masłowska i moja babcia. Dobre historie, opowiedziane przy ognisku w prehistorycznej jaskini czy w kolejnym sezonie House of Cards, zawsze będą nas przyciągać.

Izmałkowa rozprawiła się także z kolejnym trendem, czyli komunikacją H2H (human to human), zakładająca tworzenie takich treści reklamowych, które odwołują się do emocji. Emocje to nie trend, to rzeczywistość. Są nieprzewidywalne. Ten banał zabrzmiał szczególnie mocno wśród zgromadzonego na InfoShare tłumu aspirujących Stevów Jobsów, oczekujących od prelegentów wskazówek, które pomogą im stworzyć technologie, które zmienią świat. Cóż, jeszcze parę lat temu globalni trend forecasterzy zarzekali się, że w 2017 r nie będziemy wychodzić z domu bez okularów google na nosie. Chyba nie są one zbyt wygodne 😉

Przyglądanie się prognozom trendów dotyczących mody, jedzenia, designu, czy nawet sposobu podróżowania, szczególnie w opracowaniu pionierki takich działań, czyli Lidewij Edelkoort, czy rodzimej Natalii Hatalskiej, jest ciekawe i przyjemne. W zakresie technologii wygląda jednak dość rozpaczliwie. To próba ogarnięcia świata pogrążonego w chaosie, w którym obok dzieciaków zatopionych po uszy w samrtphone’ach, z silnymi objawami FOMO i YOLO, żyją jeszcze czytelnicy papierowych gazet, którym przybijam niniejszym mocną piątkę, przewidując, że się wkrótce spotkamy w tzw. realu, czyli na toruńskich ulicach!

Kasia Toczko

Artykuł ukazał się oryginalnie w Toronto, 3 czerwca 2017 r.

O strategii komunikacji online dla kultury

Ostatnie lata zmieniły sposób komunikacji w sieci, gdzie funkcjonuje ponad 3 mld ludzi, z czego 2 mld korzysta z różnego rodzaju mediów społecznościowych. Dzięki sieci ludzie uzyskają dostęp do oceanu informacji, ogromu rozrywki, wiedzy, edukacji i niezmierzonych zasobów kulturowych. Z jednej strony wszyscy jesteśmy konsumentami informacji (głównie w warstwie sieci społecznościowych), a z drugiej strony aktywnie generujemy treści. Każdy z nas może mieć wyraźny, medialny głos w sieci. Staje się medium, przekaźnikiem i twórcą informacji. Zjawisko agregowania treści zmienia sposób uczestnictwa ludzi w kulturze.

Oczywiście informacje o kulturze krążą w sieci równolegle do wszystkich innych. I ten fakt stanowi największe wyzwanie. Czy aktualnie, planując wydarzenia lub projekty kulturalne można tego nie komunikować w mediach społecznościowych? Poszczególne media skupiają różne grupy publiczności, ale cel jest wciąż ten sam. Promocja wydarzenia kultury, wzmacnianie wizerunku organizatora oraz moderowanie przestrzeni otwartej komunikacji dla zainteresowanych kulturą.

Kluczowe trendy

Aktualny internet zdominowany jest przez komunikację graficzną i wideo. Sieć naszych czasów to spersonalizowana i nieprzerwana komunikacja wizualna. Badacze kultury cyfrowej jak np. Mirosław Filiciak podkreślają ważną rolę nowych zjawisk, takich jak: Digital storytelling – tworzenie narracji czy Data journalism – dziennikarstwo opierającego się na pozyskiwaniu informacji poprzez analizę dostępnych danych. Dzięki temu sieć rozszerza znacznie przestrzeń publiczną, w której treści związane z kulturą stanowią jej istotną część.

Internet staje się zdominowany przez filmy i relacje wideo na żywo. Rozmawiamy poprzez wideo połączenia, oglądamy materiały filmowe ze wszystkich możliwych zdarzeń w życiu, coraz częściej na żywo. Cykliczne programy z Youtube zastępują telewizję. W tym nurcie obecna jest także kultura. Niemal wszystkie większe wydarzenia komunikowane są poprzez wideo, a sieć pełna jest filmowych i fotograficznych relacji. Analiza i użycie tych materiałów jest bardzo często istotnym elementem animacji i promocji kultury.

A co oznacza dla kultury mobilny internet? Aktualnie osobistym centrum cyfrowego życia jest smartfon z dostępem do sieci. Warto zauważyć, że telefon stał się urządzeniem, które należy klasyfikować jako PC tj. personal computer. Co więcej, rozmowy głosowe czy wiadomości SMS są aktualnie marginalnymi funkcjami urządzenia. Korzystamy głównie z aparatu fotograficznego oraz kamery wideo (także nadając na żywo, tj. live stream), a zgromadzone obrazy przekazujemy do ekosystemu aplikacji – serwisów społecznościowych, których bazy działają w chmurze obliczeniowej. Odbiorca na stałe wpięty w równoległą internetową rzeczywistość przeżywa kulturę nieco inaczej. Muzeum to dla niego przestrzeń fotografii mobilnej, a koncert to źródło unikalnych (dla grupy znajomych) filmów.

Potrzeba strategii

Jak prowadzić komunikację online dla wydarzeń, projektów czy organizacji kultury? Warto pamiętać, że punktem wyjścia musi być misja instytucji i merytoryczny przekaz, który będzie podstawą i celem. W oczywisty sposób działania online muszą harmonijnie łączyć się z działaniami offline (np. marketingiem outdoor). Spoiwem powinna być m.in. spójna identyfikacja wizualna, która uwzględnia specyfikę poszczególnych kanałów i mediów internetowych.

7 elementów strategicznego (i spokojnego) prowadzenia komunikacji online

  1. Analiza sytuacji wyjściowej
    Zbadaj popularność organizacji oraz całej dziedziny kultury, poznaj specyfikę miasta, regionu. Naturalnym elementem takiej analizy są dotychczasowe działania instytucji. Niezbędne jest zgromadzenie informacji o tym, co się dzieje w branży. Wiedza o aktualiach i trendach internetu również bardzo Ci pomoże.
  2. Idea i tematy
    Strategia wymaga, aby operacyjnie przetłumaczyć misję instytucji i zbudować listę aktualnych tematów. To one zdefiniują Twoje codzienne treści w social media.
  3. Publiczność – ludzie, dla których to robisz.
    Pomyśl o swojej publiczności poprzez pryzmat person. Nie wystarczy nakreślić oczywiste grupy odbiorców. Są one anonimowe i z pewnością zbyt nieprecyzyjne. Tworząc personę (fikcyjną postać, typowego przedstawiciela analizowanej grupy) zaczniesz redagować skuteczniejsze i bardziej autentyczne treści, które wykorzystasz w odpowiednich kanałach internetowych.
  4. Struktura kampanii i jej cele
    Zbudowanie dobrego planu działania wymaga zdefiniowania listy celów. Koniecznie je sprecyzuj. Wykorzystaj sprawdzoną metodę SMART. Dzięki temu cel będzie prosty i oczywisty dla organizacji (Simple) oraz wymierny, przez ustalenie dostępnej i precyzyjnej skali pomiaru (Measure). Cel musi być osiągalny (Achievable), istotny i związany z projektem (Relevant). Wreszcie, powinien mieć swoje ramy czasowe. Sama strategia to zestaw działań do wykonania w czasie (Timely defined).
  5. Ekosystem komunikacji online i format treści
    Kiedy wiesz co i komu chcesz komunikować, możesz rozpocząć tworzenie ekosystemu komunikacji online. W oczywisty sposób w centrum informacyjnym Twojej organizacji jest serwis www. Pomyśl jaką rolę pełni newsletter. Być może odpowiednim rozwiązaniem będzie blog, na którym będziesz publikować treści o charakterze content marketingu (dostarczanie atrakcyjnych, użytecznych dla odbiorcy materiałów, artykułów, itp.). Blog to także solidny sposób kreowania wizerunku przez spójną narrację o organizacji i artystach.Aktualne popularność mediów społecznościowych powoduje, że musisz prowadzić oficjalną stronę na Facebooku i kanał na Youtube. Nie sposób pominąć mody na Instagrama i unikalnej specyfiki Twittera. A może Twoja działalność merytoryczna znajdzie swoje odzwierciedlenia w Pinterest czy Tumblr?
  6. Realizacja w harmonogramie
    Plan działania w social media powinien opierać się o kalendarz. Warto zarządzać treściami tworząc je do przodu. Taki plan powinien zawierać również budżet oraz jego dostępność w czasie. Prowadzenie kampanii w sieci to stały monitoring, ale również ciągła modyfikacja tworzonych treści. Warto pamiętać, że komunikacja w sieci w przypadku organizacji kultury to bardzo często obsługa publiczności i ich bieżące informowanie. Prowadzenie komunikacji online wymaga systematyczności, dlatego przygotuj sobie plan dystrybucji treści, żeby wiedzieć kiedy i jakie treści mają trafiać do mediów.
  7. Analiza i ocena działań
    Dobra strategia ma swój początek i koniec. Kultura często rozpięta jest w cykle życia projektów i kalendarze sezonów artystycznych. To dobre i naturalne ramy dla strategii. Zakończenie to moment na analizę danych i ocenę osiągnięcia celów.